środa, 7 września 2016

Trzcina cukrowa to nie lekarstwo na łzy. Sanktuarium Słoni w Kuala Gandah


       Kiedy po kilku szalonych dniach podróżowania po Malezji w końcu usiadłam z laptopem na kolanach, aby stworzyć ten post, wiele razy go kasowałam i zaczynałam od nowa. Umówmy się: pisanie emocjonalnych i tkliwych tekstów zdecydowanie nie jest moją najlepszą stroną. Teraz jednak nie mogłam, no nie mogłam tak po prostu wrzucić na fanpage zdjęcia ze słoniątkiem i nie podzielić się tutaj refleksjami, jakie nawiedziły mnie podczas sobotniej wycieczki do Sanktuarium Słoni w Kuala Gandah.

          Zacznę może od tego, że nie jestem przeciwniczką istnienia ZOO ani wielu innych miejsc, w których można sobie pooglądać zwierzęta przez kraty i pokarmić je bananami. Nie dlatego, że zrobienie sobie zdjęcia ze słoniem to jakaś wybitna gratka, która potem fajnie wygląda na Facebooku, a prowadzenie stoiska z trzciną cukrową po trzy ringgity za wiązkę wcale nie jest dobrym biznesem. Ja uważam po prostu, że w dzisiejszych czasach rozwoju, wyzysku i bezrefleksyjnej konsumpcji edukacja człowieka jest dla zwierzęcia ważna na równi z posiadaniem schronienia, żywności i wody do picia. Nie jestem więc przeciwniczką ZOO - pod warunkiem, że jego wymiar naprawdę jest edukacyjny, a jego mieszkańcy mają zapewnione godne warunki życia. To, czemu się natomiast sprzeciwiam, to wykorzystywanie zwierząt dla pustej, ludzkiej rozrywki. Little Big Thing pisała ostatnio o hiszpańskiej corridzie. Ja w tym tygodniu z kolei przeczytałam aż za dużo o podłym traktowaniu zwierząt w Azji. Wolałabym na przykład, by świat był wolny od historii słonia Maxa, która jest wiernym odbiciem losu setek innych azjatyckich słoni. Nie będę się tutaj powtarzać - wiele zostało już napisane:
           "Największą bolączką dla fundacji są prężnie działające parki rozrywki, gdzie turyści mogą przejechać się na słoniu, obejrzeć program artystyczny, nakarmić słonia bananem i kupić sobie obraz namalowany przez słonia. Słonie w takich obozach są głodzone, traktowane w bestialski sposób, tresowane poprzez tortury. Pracują od rana do świtu przez 7 dni w tygodniu. Turyści nie chcą, albo nie potrafią zauważyć problemu. Dzień po dniu ściskane są mocno linami i drutami, a ławeczki dla turystów wżynają się im w kręgosłup. Średniej budowy słoń nie powinien dźwigać na swoich plecach więcej niż 100-120 kilo, a na taką ciężką ławeczkę często wciskają po 2-3 dorosłe osoby plus opiekun, poganiający słonia pałką zakończoną szpikulcem. Słoń nie może mieć nawet jednodniowej przerwy, bo wtedy nie zarabia na siebie, a raczej na właściciela. Ciężarne słonice pracują do dnia porodu i powracają do pracy dnia następnego. Słonie są wygłodzone i odwodnione, mają zainfekowaną skórę, nieleczone rany. Słoń powinien zjadać około 250 kg pożywienia i zajmuje mu to około 18-20 godzin dziennie. Te zwierzęta nie mają na to warunków! Podczas treku nie zboczą z trasy, choć na wyciągniecie trąby mają przysmaki i wartościowe jedzenie, ale boją się późniejszych konsekwencji, moczenia trąby w odchodach, nacinania lub wypalania skóry i zostawianie otwartej rany." (Źródło: Sznupkowie w podróży życia)
        Sama do końca życia nie zapomnę wymęczonego słonika z nankińskiego ZOO, mieszkającego w środku lunaparku, z wrzeszczącymi dzieciakami biegającymi dookoła i dorosłymi kopiącymi jego klatkę.

         W Malezji słonie żyją na wolności. I wcale nie mają tam łatwego życia. Czy wiecie, że ten kraj jest światowym liderem w produkcji oleju palmowego? To właśnie wycinanie lasów pod plantacje palm sukcesywnie odbiera zwierzętom ich naturalne środowisko. Kuala Gandah nie jest typowym ZOO. To ośrodek, który powstał, by ratować słonie chore i ranne, słabe, osierocone, a przede wszystkim by przesiedlać je z terenów przeznaczonych pod uprawy. Opatruje się tam rany, leczy choroby skóry, załatwia protezy, gdy słoń straci nogę w walce albo w pułapce. Nie pobiera się opłat za wejście ani nie oferuje możliwości przejażdżki na słoniu. Dlaczego jednak dwa razy dziennie odbywa się tam pokaz wyuczonych przez słonie sztuczek? Dlaczego stosuje się ankusy, o których delegalizację walczą organizacje z całego świata? Ok, rozumiem, że słonie są potrzebne do asysty przy relokacji innych słoni i że ich przygotowanie to tutaj konieczność. Ale przecież można inaczej. Można stosować inne metody, tak jak robi się to w ENP w Tajlandii. Można też ograniczyć tresurę do tego, co naprawdę konieczne i darować im te wszystkie sztuczki służące tylko zabawianiu publiczności. I czy słoniątka naprawdę muszą stać przez cały dzień w ciasnym boksie? Czy tak właśnie wyglądają prawdziwe sanktuaria? Byłam zapewniana, ale nie jestem pewna.

      A jednak to dzięki istnieniu Sanktuarium co roku tysiące turystów z całego świata ma okazję przyjechać do Kuala Gandah i zobaczyć słonie z bliska. To właśnie dzięki takim miejscom, tym wszystkim wyuczonym sztuczkom, zrobionym zdjęciom i rozdanym bananom człowiek może tak po prostu spojrzeć na żywe zwierzę i uświadomić sobie, że jest wspaniałe, mądre i wrażliwe. Że też ma swoje uczucia, emocje i zranienia, a krzywdę wyrządzoną przez człowieka pamięta najdłużej. Bo dopiero widząc to wszystko można w końcu samemu przestać krzywdzić. I wtedy nie ma już, że cyrk to dobra rozrywka, a uprawa palm gdzieś na drugim końcu świata mnie nie obchodzi.
   
         Czy Kuala Gandah faktycznie jest miejscem dobrego traktowania słoni? Mogę mieć tylko nadzieję, że naprawdę tak.


Jeszcze więcej Malezji na Facebooku: Autopogoń.
Podziel się na:    Facebook Twitter Google+
Więcej

piątek, 26 sierpnia 2016

Bóg się pomylił. Kuala Lumpur


       Kiedy 18 sierpnia wsiadałam do samolotu, nie mogłam się nadziwić, że podróż z Budapesztu do Kuala Lumpur trwa niemal tyle samo, co z Budapesztu do Lublina.

       Było dokładnie tak, jak wcześniej: znowu sama tachałam walizy do tramwaju, znowu biegałam po terminalu w Doha i znowu mijałam tego brzydkiego miśka, ale tym razem nie miałam nawet czasu na niego popatrzeć. Chwilę później podziwiałam już jednak plantacje palm wokół lotniska w Kuala Lumpur i zastanawiałam się, czy starczy mi jeszcze sił, żeby dotoczyć się jakoś do wynajmowanego mieszkania na Taman Melati. No czeeeść, Malezjo - oto ja, po 30 godzinach bez snu, w ciuchach z podróży, z ulotką na temat wirusa zika w kieszeni. Ten kraj jednak od początku był dla mnie łaskawy. Parę minut potem siedziałam już w klimatyzowanym autobusie, popijałam zimną wodę i patrzyłam z daleka na Petronasy. No faaajnie, myślałam przez cały ten czas, nawet wtedy, gdy w końcu wysiadłam niedaleko stacji Masjid Jamek, zaatakowało mnie tropikalne piekło i nie wiedziałam za bardzo, gdzie mam dalej iść. Cieszę się, że aparat wyjęłam z torby dopiero w mieszkaniu (moje mieszkanie w Malezji teaser nr 1). Chyba wolę nie wiedzieć, jak wtedy wyglądałam.


        A jednak Kuala Lumpur nie było miłością od pierwszego wejrzenia. Zanim tu przyjechałam, myślałam, że Malezja to taka lepsza wersja Chin. Tymczasem okazało się, że jest to raczej wersja Turcji. Czy lepsza...? Trudno powiedzieć. Jeśli nie jesteście przygotowani na haze i na to, że ponad połowa kobiet chodzi po ulicach w islamskich chustach, to malezyjska stolica może was naprawdę przytłoczyć. Ale może też was porwać, kiedy haze już opadnie, zobaczycie kolory jednego z najbardziej nowoczesnych azjatyckich miast i gdy ktoś uśmiechnie się do was na ulicy albo podpowie, jak najszybciej trafić do metra. I teraz wiem już, że porównywanie miast i kultur nie jest fair, zwłaszcza w przypadku, gdy próbuje się porównywać Malezję do Chin - kraju, w którym nikt nie pomoże ci znieść walizki po schodach, a od brudu w powietrzu sztywnieją włosy. Swoją drogą, zawsze będę podziwiać ludzi, którzy mogą żyć w smogu. Ja nie potrafię i tak, to z tego właśnie powodu pewnie nigdy nie wybiorę mieszkania w Krakowie.


        Bóg się pomylił, mówię wam. Jak tworzył Azję, wymknęło mu się trochę ludzi i tak oto wszyscy trafili do tego wielkiego kotła, które dziś nazywa się Kuala Lumpur. O drugą tak przedziwną mieszankę kultur będzie raczej ciężko. Tak oto jestem w Malezji i jem kolację w dzielnicy Little India, a potem wracam do domu z paradą Hare Krysznowców. Na lunch idę na chińską stołówkę, a na śniadanie do knajpki pakistańskiej (jedzenia nie robi się tu samemu, bo daję słowo, że we wszystkich sklepach tylko makaron i zupki w proszku). To wszystko dostępne jest na wyciągnięcie ręki na moim osiedlu (moje mieszkanie w Malezji teaser nr 2), a przecież w centrum jest tego o wiele, wiele więcej. Wyciąganie aparatu w restauracji albo na targu zawsze wydawało mi się frajerskie, ale tym razem postanowiłam się nie krępować i robić dużo zdjęć jedzenia. No, a co w końcu z tym islamem w Malezji? Żeby nikomu nic się nie pomyliło: Malezja jest konserwatywna. Jeśli więc chcecie poimprezować sobie w Azji, to raczej nie tutaj - alkoholu brak, pubów brak, a większość kobiet chodzi na basen w arabskich kostiumach (moje mieszkanie w Malezji teaser nr 3). Gdybyście zastanawiali się na przykład, jak wypada, a jak nie wypada być ubranym na ulicy, to wiecie - tu jest tak dużo różnych ludzi, że raczej ciężko będzie zwrócić na siebie uwagę strojem, ale kiedy idziecie na stację metra i uświadamiacie sobie, że jesteście jedyną kobietą w krótkich spodenkach w zasięgu wzroku, no, to możecie się dziwnie poczuć.


       No i na koniec: gdzie mieszkam w Kuala Lumpur? Nie bez powodu zostawiłam to na deser, bo mój podróżniczy umysł przyzwyczajony do niskobudżetowych rozwiązań zdecydowanie jeszcze nie przywykł do obecnych standardów. No więc jest tak: przyjeżdżam na stację metra w tych ciuchach z podróży, z tą pomiętą ulotką w kieszeni i zdaję sobie sprawę, że właśnie minęły kolejne trzy czy cztery godziny bez snu, a mój host odbiera mnie mercem i chwilę później okazuje się, że mieszka na 19 piętrze wypasionego apartamentowca. Z siłownią, basenem, monitoringiem i ochroną, jak na wakacjach w najlepszym hotelu. Do tego jeszcze z gitarą i pianinem w salonie. Jak takie rzeczy, to tylko przez Couchsurfing. I nie byłoby to może wcale niezwykłe, gdyby nie to, że to wszystko kosztuje mnie niewiele więcej niż zwykle płaci się za wynajęcie stancji na lubelskiej Kalinie. Jak to się stało? Nie mam pojęcia. Wierzę tylko, że nad tymi najbardziej szalonymi i/lub samotnymi podróżnikami musi krążyć jakiś specjalny rodzaj błogosławieństwa.

       Poznanie na miejscu czwórki podróżujących solo Polaków chętnych na wspólne wyjazdy i wycieczki po mieście także się do niego zalicza.



Podziel się na:    Facebook Twitter Google+
Więcej

sobota, 13 sierpnia 2016

Jak mieć czas i pieniądze na podróże? To proste: "Zostań freelancerem". Recenzja książki


        Może zastanawiacie się, co na blogu podróżniczym robi recenzja książki - w końcu miało być tutaj o wyjazdach na projekty, autostopach, podbijaniu świata i innych wariacjach. No, ale żeby to wszystko się zdarzyło, najpierw trzeba... zostać freelancerem. Gdybym kilka miesięcy temu nie zrobiła tego najważniejszego kroku, żadna z planowanych przeze mnie podróży nigdy nie mogłaby się odbyć.

         Zacznijmy więc trochę od końca. Kiedy ma się dużo podróżniczych pomysłów, do ich realizacji na ogół, oprócz zdrowia, potrzeba jeszcze dwóch rzeczy: czasu i pieniędzy. Tyle, że życie najczęściej układa się następująco: jak ma się dużo czasu, to nie ma się pieniędzy (czytaj: studia), a jak ma się już pieniądze, to wtedy nie ma się czasu (czytaj: praca). Ale, jak wszyscy już dobrze wiemy, życie nie jest po to, aby układało się samo, lecz po to, byśmy układali je samemu. No więc ja na przykład stwierdziłam, że olewam układ, w którym po studiach idzie się do pracy, potem spędza okrągły rok w biurze, a na koniec jedzie na urlop na tygodniowe wczasy do Chorwacji. Serio, mam gdzieś zarabianie dużych pieniędzy, skoro nie będę miała kiedy ich wydać, bo stety lub niestety, ale nie umiem już oszczędzać na nic innego niż podróże. Rozwiązania tej sytuacji szukałam naprawdę długo. No i znalazłam: pracę zdalną.

       Co przeciętny człowiek wie o pracy przez Internet? Hm, najczęściej niewiele. Te lub podobne pytania słyszy od czasu do czasu chyba każdy freelancer: Ale jak to, nie chodzisz do pracy? Co to w ogóle jest za firma, w której można tak pracować? To można pisać teksty bez studiów dziennikarskich? A starcza ci chociaż na czynsz?, i moje ulubione: To skoro pracujesz w domu, to jesteś jakby bezrobotny, tak?. Wierzcie mi, że początkujący freelancer rzadko kiedy może liczyć na wsparcie. Jeśli kiedykolwiek nim zostaniesz, przygotuj się na to, że raczej nikt nie będzie z tego zadowolony. Twoja rodzina zapytana o twój zawód ze wstydem będzie mówić, czym się zajmujesz - w końcu siedzenie w domu to synonim obijania się i bezrobocia, a brak stałej wypłaty, dobrego stanowiska i płatnego urlopu to nie jest to, do czego ktokolwiek mógłby dążyć. Być może nawet usłyszysz: Co ty robisz?! Taka zdolna, całe życie piątki na świadectwie, dobre studia, a teraz takie byle co... Czy jest łatwo? Nie, nie jest. Ale pójść na łatwiznę można przecież w każdej chwili. Za to kombinowanie, determinacja i podejmowanie trudnych decyzji naprawdę się opłaca: dzięki temu dziś mogę pracować w każdym miejscu na świecie. Nie dotyczy mnie oszczędzanie urlopu, siedzenie w biurze przez osiem godzin dziennie, proszenie się o wszystko i spędzanie majówek i długich weekendów w dzikim tłumie desperacko pragnącym każdego dodatkowego dnia wakacji.

        Czy zarabianie i utrzymywanie się bez wychodzenia z domu jest w ogóle możliwe? Tak, jest. Czas w to wreszcie uwierzyć. Książkę pani Agnieszki Skupieńskiej poleciłabym więc nie tyle, co freelancerom, ile właśnie osobom, które o pracy freelancera wciąż wiedzą niewiele. Choć w naszym społeczeństwie praca w domu ciągle jeszcze jawi się jako zajęcie gorszego sortu, powoli będzie się to zmieniać - czy to się komuś podoba, czy nie. Jeśli więc czytasz ten wpis i zastanawiasz się, jak naprawdę wygląda praca na freelansie, zajrzyj do "Zostań freelancerem". Jeśli już freelancerem jesteś, to ją przeczytaj i zastanów się, co w swoim freelansowaniu możesz poprawić (hm, ja na przykład już wiem, że muszę kupić nowego laptopa, bo uświadomiłam sobie, że włączanie komputera przez piętnaście minut nie jest normalne). A jeśli ciągle jeszcze marzysz o byciu cyfrowym nomadą, to wrzuć ją do walizki i nie bój się próbować. Bo skoro inni mogą być freelancerami, to dlaczego ty nie miałbyś nim zostać?
Podziel się na:    Facebook Twitter Google+
Więcej

czwartek, 28 lipca 2016

Jadę sama do Malezji na dwa miesiące i nie bawię się w żadne listy marzeń


         W życiu spełniło mi się już tyle marzeń, że ja pierdolę.

      Najlepszy tydzień swojego życia spędziłam w Izraelu. Był marzec 2012, matura tuż za pasem, a ja przebierałam się za pszczołę na święto Purim i spędzałam leniwe dnie na plaży pod Tel Avivem. Kilka miesięcy wcześniej stanęłam na scenie z własnym zespołem i własną piosenką - to nic, że był to nasz ostatni występ, ale w zupełności wystarczył, by zwieńczyć dobre kilka lat wzdychania nad gitarą i zapisywania flamastrami kartek podartego zeszytu. Potem dostałam się na studia, na jakie zawsze chciałam pójść, choć absolutnie nic nie wskazywało już na to, że kiedykolwiek się to stanie. W lutym 2014 pognałam do Londynu, gdzie po dziesięciu latach oczekiwania po raz pierwszy zobaczyłam na scenie Alexz Johnson i rozmawiałam z nią po koncercie. Rok później zamieszkałam w Budapeszcie, gdzie w ciągu kilku kolejnych miesięcy spełniłam jedno ze swoich młodszych marzeń - zostałam freelancerem. No a teraz lecę do Malezji. Sama. Na prawie dwa miesiące. Dzień po Dniu Dziecka po prostu siadłam i kupiłam sobie round trip: Budapeszt-Kuala Lumpur, no i lecę. Hm, czego to się nie robi, żeby mieć fajne życie.

       Ale jak to: sama? Co będę tam robić? Właściwie, nic szczególnego - jak się jest freelancerem, to można przecież robić wszystko to samo, co wszędzie - mieszkać, zwiedzać, pracować, trenować. Chodzić do restauracji, na festiwale i internaszynal meetings. Spotykać ludzi, którzy są życzliwi i mniej życzliwi. Poruszać się komunikacją miejską tak, jak wszędzie indziej na świecie. Skoro mogę mieszkać w Lublinie, w Budapeszcie, w Warszawie, równie dobrze mogę i w Kuala Lumpur. Skoro byłam w stanie pewnego dnia tak po prostu wyjechać do tego Budapesztu i zacząć wszystko od totalnego zera, bez mieszkania, bez znajomych i żadnej bliskiej osoby obok i po dwóch tygodniach mieć wokół siebie więcej przyjaznych ludzi niż kiedykolwiek wcześniej, to gdzie indziej też sobie przecież jakoś poradzę.
  
       W sumie, to mogłam jeszcze odłożyć ten wyjazd na lepsze czasy. Mogłam jeszcze zaczekać, bo przecież nigdzie mi się nie spieszy. Tylko, na co właściwie? Na to, aż znajdę na siłę kogoś, kto będzie miał czas i pieniądze na wyjazd, po czym będzie się na nim nudził, podczas gdy ja będę pracować? Na to, aż skończę studia, które uważam za stratę czasu i których tak naprawdę wcale kończyć nie chcę? Na to, aż "pójdę wreszcie do normalnej pracy" i "zdecyduję się w końcu" na mieszkanie w jakimś konkretnym miejscu, bo jak to tak może być, że co chwila jestem gdzie indziej? Hm, coś mi się wydaje, że pracując na etacie i mając dwadzieścia dni urlopu rocznie, ciężko byłoby gdziekolwiek pojechać na dwa miesiące, i sorry, ale jak mam 22 lata, to ja nie muszę się jeszcze na nic decydować. Piszę ten tekst, siedząc na tarasie mojego domu w Lublinie. Mieście, które na ogół już na wejściu przyprawia mnie o symptomy depresji i sprawia, że mam ochotę rzucić wszystko, co robię, zawinąć się w kołdrę i obudzić dopiero w Budapeszcie.

         Czego najbardziej się boję? Tego, że zaatakuje mnie małpa. Że moje finanse nie udźwigną tripa i że praca freelancera w podróży okaże się jakimś kretyńskim mitem. Tego, że nie będę miała gdzie mieszkać, że czymś się zatruję, że spóźnię się na samolot, że zepsuje mi się laptop albo aparat, że mnie okradną, porwą, że zgubię siebie albo coś ważnego, że zachoruję i że nikt mi nie pomoże. Spokojnie, Wiola Starczewska też się pewnie bała, jak jechała na pół roku do Brazylii. To samo Nadia i Julia, gdy rozpoczynały swoje podróże. One pojechały same na wiele miesięcy i przemieszczały się po naprawdę ciekawych i nieciekawych krajach tego świata, bez biletu powrotnego, nie mając pojęcia, kiedy i czy w ogóle wrócą do domu. Co tam więc te moje limitowane kilka tygodni w cywilizowanej, przyjaznej, anglojęzycznej i względnie nieskomplikowanej Malezji.

      Listy marzeń na tym blogu nie było i nigdy nie będzie. A to dlatego, że uważam, że marzenia są rzeczą zbyt intymną, by tak po prostu nimi rzucać na prawo i lewo. Fajnie, jeśli naprawdę marzysz o zapaleniu cygara na Kubie albo przejażdżce na słoniu w Tajlandii - co innego, jeśli za tymi marzeniami kryją się jednak jakieś większe emocje i palenie cygar i oglądanie słoni tak naprawdę wcale cię nie jara. Ja na przykład wiem, że nie będę w życiu szczęśliwa, jeśli nie zobaczę Kuala Lumpur, ale wierzcie mi, że pewnie to właśnie o wspinaniu się na bieszczadzkie połoniny, spacerowaniu po słonecznej plaży nad Bałtykiem, wieczorach przy poezji śpiewanej i siedzeniu na tym głupim tarasie w Lublinie będę myśleć, gdy będę leżeć gdzieś na plażach Perhentian, spacerować po kładkach parku Taman Negara i patrzeć nocą na oświetlone, singapurskie ulice. I znów będę wtedy wiedziała, że w tym wszystkim nie chodzi tylko o to, że podróżowanie jest po prostu fajne, ale że czasem naprawdę warto jest wszystko zostawić i po raz kolejny przelecieć nawet i pół świata tylko po to, żeby znów przekonać się, że najlepszą rzeczą, jaką można robić w życiu, to coś tak naprawdę i prawdziwie wybierać. I że jeśli się chce, to można naprawdę dużo. No, przynajmniej tam, gdzie wszystko faktycznie zależy od ciebie.

      A listę malezyjskich marzeń tak naprawdę mam, taką małą i prywatną, czeka już na wyjazd na pulpicie w pliku z Notatnika. Hm, jeśli chcecie, to może nawet się nią kiedyś podzielę.
Podziel się na:    Facebook Twitter Google+
Więcej

czwartek, 21 lipca 2016

Na plaży fajnie jest, czyli ID Pole Dance Jam 2016 w Kołobrzegu


       Takie weekendy nie zdarzają się często. Właściwie, to tylko raz do roku. Tylko raz w roku ma się okazję pojechać do Kołobrzegu na trzy dni prawdziwego, rurkowego szaleństwa. I dla tego weekendu warto gnić przez 8 godzin w pociągu, moknąć w strugach nadmorskiego deszczu, przeżywać mniejsze lub większe przygody kulinarne, przeczuwać nadchodzącą katastrofę pogodową i liczyć na to, że mimo wszystko jutro jakimś cudem będzie lepiej. Było lepiej. I to jak!

        Ktoś, kto wymyślił tę imprezę, był geniuszem. Bo czy pole dancerka może w ogóle wyobrazić sobie coś lepszego niż trening w plenerze, w dodatku na plaży, z widokiem na morze? Serio, cieszę się, że w Polsce mamy morze, Węgrzy na przykład nie mają, a mostek na tle fal to jednak całkiem fajna sprawa. Fajnie było też zobaczyć na żywo Berenikę i Krystiana, podpatrzeć nowe figury, które pobiegnę wypróbować na pierwszej open sali i przeżyć zumbową rozgrzewkę (czy pisałam już, że kompletnie nie umiem tańczyć?). No i nie wiedziałam, że nad Bałtykiem da się w ogóle tak opalić, albo raczej: spalić, a wierzcie mi na słowo, że to całkiem przydatna wiedza. Auć.

       Wiecie, zawsze mogło być lepiej. Paru rzeczy mi zabrakło, na przykład punktualności i trzymania się programu, ogłaszania kolejnych punktów z odpowiednim wyprzedzeniem, tak, aby było dokładnie wiadomo, co, gdzie i kiedy. Ale w sumie to nic, że było trochę organizacyjnych niedociągnięć - w końcu spontaniczność od początku miała być wpisana w ten event. Fajnie by było, gdyby za rok było więcej ludzi, więcej warsztatów i jeszcze więcej inicjatywy, a już widzę, że mnóstwo osób ma jej cały ogrom. No, i jeszcze żebym do tego umiała zrobić handspringa, to nie będę już miała więcej życzeń (spokojnie, rainbow marchenko dopiero za dwa lata!). I na koniec wskazówka dla świeżynek: ja za bardzo nie mam rurkowych koleżanek, ale jeśli wy macie, to koniecznie weźcie je za rok ze sobą, choć muszę tutaj wspomnieć, że męskie towarzystwo też jest bardzo dzielne, robi super zdjęcia i ma talent do znajdowania najlepszych burgerów w mieście.


Hmm, gdyby tak każdy dzień można było zacząć supermanem, świat byłby lepszy, prawda?



Na koniec fejsbuki:
ID Pole Dance Jam Kołobrzeg, @polejamkolobrzeg
i ja, Autopogoń, @autopogonblog

Dziękuję pięknie wszystkim organizatorom!
Podziel się na:    Facebook Twitter Google+
Więcej