sobota, 13 sierpnia 2016

Jak mieć czas i pieniądze na podróże? To proste: "Zostań freelancerem". Recenzja książki


        Może zastanawiacie się, co na blogu podróżniczym robi recenzja książki - w końcu miało być tutaj o wyjazdach na projekty, autostopach, podbijaniu świata i innych wariacjach. No, ale żeby to wszystko się zdarzyło, najpierw trzeba... zostać freelancerem. Gdybym kilka miesięcy temu nie zrobiła tego najważniejszego kroku, żadna z planowanych przeze mnie podróży nigdy nie mogłaby się odbyć.

         Zacznijmy więc trochę od końca. Kiedy ma się dużo podróżniczych pomysłów, do ich realizacji na ogół, oprócz zdrowia, potrzeba jeszcze dwóch rzeczy: czasu i pieniędzy. Tyle, że życie najczęściej układa się następująco: jak ma się dużo czasu, to nie ma się pieniędzy (czytaj: studia), a jak ma się już pieniądze, to wtedy nie ma się czasu (czytaj: praca). Ale, jak wszyscy już dobrze wiemy, życie nie jest po to, aby układało się samo, lecz po to, byśmy układali je samemu. No więc ja na przykład stwierdziłam, że olewam układ, w którym po studiach idzie się do pracy, potem spędza okrągły rok w biurze, a na koniec jedzie na urlop na tygodniowe wczasy do Chorwacji. Serio, mam gdzieś zarabianie dużych pieniędzy, skoro nie będę miała kiedy ich wydać, bo stety lub niestety, ale nie umiem już oszczędzać na nic innego niż podróże. Rozwiązania tej sytuacji szukałam naprawdę długo. No i znalazłam: pracę zdalną.

       Co przeciętny człowiek wie o pracy przez Internet? Hm, najczęściej niewiele. Te lub podobne pytania słyszy od czasu do czasu chyba każdy freelancer: Ale jak to, nie chodzisz do pracy? Co to w ogóle jest za firma, w której można tak pracować? To można pisać teksty bez studiów dziennikarskich? A starcza ci chociaż na czynsz?, i moje ulubione: To skoro pracujesz w domu, to jesteś jakby bezrobotny, tak?. Wierzcie mi, że początkujący freelancer rzadko kiedy może liczyć na wsparcie. Jeśli kiedykolwiek nim zostaniesz, przygotuj się na to, że raczej nikt nie będzie z tego zadowolony. Twoja rodzina zapytana o twój zawód ze wstydem będzie mówić, czym się zajmujesz - w końcu siedzenie w domu to synonim obijania się i bezrobocia, a brak stałej wypłaty, dobrego stanowiska i płatnego urlopu to nie jest to, do czego ktokolwiek mógłby dążyć. Być może nawet usłyszysz: Co ty robisz?! Taka zdolna, całe życie piątki na świadectwie, dobre studia, a teraz takie byle co... Czy jest łatwo? Nie, nie jest. Ale pójść na łatwiznę można przecież w każdej chwili. Za to kombinowanie, determinacja i podejmowanie trudnych decyzji naprawdę się opłaca: dzięki temu dziś mogę pracować w każdym miejscu na świecie. Nie dotyczy mnie oszczędzanie urlopu, siedzenie w biurze przez osiem godzin dziennie, proszenie się o wszystko i spędzanie majówek i długich weekendów w dzikim tłumie desperacko pragnącym każdego dodatkowego dnia wakacji.

        Czy zarabianie i utrzymywanie się bez wychodzenia z domu jest w ogóle możliwe? Tak, jest. Czas w to wreszcie uwierzyć. Książkę pani Agnieszki Skupieńskiej poleciłabym więc nie tyle, co freelancerom, ile właśnie osobom, które o pracy freelancera wciąż wiedzą niewiele. Choć w naszym społeczeństwie praca w domu ciągle jeszcze jawi się jako zajęcie gorszego sortu, powoli będzie się to zmieniać - czy to się komuś podoba, czy nie. Jeśli więc czytasz ten wpis i zastanawiasz się, jak naprawdę wygląda praca na freelansie, zajrzyj do "Zostań freelancerem". Jeśli już freelancerem jesteś, to ją przeczytaj i zastanów się, co w swoim freelansowaniu możesz poprawić (hm, ja na przykład już wiem, że muszę kupić nowego laptopa, bo uświadomiłam sobie, że włączanie komputera przez piętnaście minut nie jest normalne). A jeśli ciągle jeszcze marzysz o byciu cyfrowym nomadą, to wrzuć ją do walizki i nie bój się próbować. Bo skoro inni mogą być freelancerami, to dlaczego ty nie miałbyś nim zostać?
Podziel się na:    Facebook Twitter Google+
Więcej

czwartek, 28 lipca 2016

Jadę sama do Malezji na dwa miesiące i nie bawię się w żadne listy marzeń


         W życiu spełniło mi się już tyle marzeń, że ja pierdolę.

      Najlepszy tydzień swojego życia spędziłam w Izraelu. Był marzec 2012, matura tuż za pasem, a ja przebierałam się za pszczołę na święto Purim i spędzałam leniwe dnie na plaży pod Tel Avivem. Kilka miesięcy wcześniej stanęłam na scenie z własnym zespołem i własną piosenką - to nic, że był to nasz ostatni występ, ale w zupełności wystarczył, by zwieńczyć dobre kilka lat wzdychania nad gitarą i zapisywania flamastrami kartek podartego zeszytu. Potem dostałam się na studia, na jakie zawsze chciałam pójść, choć absolutnie nic nie wskazywało już na to, że kiedykolwiek się to stanie. W lutym 2014 pognałam do Londynu, gdzie po dziesięciu latach oczekiwania po raz pierwszy zobaczyłam na scenie Alexz Johnson i rozmawiałam z nią po koncercie. Rok później zamieszkałam w Budapeszcie, gdzie w ciągu kilku kolejnych miesięcy spełniłam jedno ze swoich młodszych marzeń - zostałam freelancerem. No a teraz lecę do Malezji. Sama. Na prawie dwa miesiące. Dzień po Dniu Dziecka po prostu siadłam i kupiłam sobie round trip: Budapeszt-Kuala Lumpur, no i lecę. Hm, czego to się nie robi, żeby mieć fajne życie.

       Ale jak to: sama? Co będę tam robić? Właściwie, nic szczególnego - jak się jest freelancerem, to można przecież robić wszystko to samo, co wszędzie - mieszkać, zwiedzać, pracować, trenować. Chodzić do restauracji, na festiwale i internaszynal meetings. Spotykać ludzi, którzy są życzliwi i mniej życzliwi. Poruszać się komunikacją miejską tak, jak wszędzie indziej na świecie. Skoro mogę mieszkać w Lublinie, w Budapeszcie, w Warszawie, równie dobrze mogę i w Kuala Lumpur. Skoro byłam w stanie pewnego dnia tak po prostu wyjechać do tego Budapesztu i zacząć wszystko od totalnego zera, bez mieszkania, bez znajomych i żadnej bliskiej osoby obok i po dwóch tygodniach mieć wokół siebie więcej przyjaznych ludzi niż kiedykolwiek wcześniej, to gdzie indziej też sobie przecież jakoś poradzę.
  
       W sumie, to mogłam jeszcze odłożyć ten wyjazd na lepsze czasy. Mogłam jeszcze zaczekać, bo przecież nigdzie mi się nie spieszy. Tylko, na co właściwie? Na to, aż znajdę na siłę kogoś, kto będzie miał czas i pieniądze na wyjazd, po czym będzie się na nim nudził, podczas gdy ja będę pracować? Na to, aż skończę studia, które uważam za stratę czasu i których tak naprawdę wcale kończyć nie chcę? Na to, aż "pójdę wreszcie do normalnej pracy" i "zdecyduję się w końcu" na mieszkanie w jakimś konkretnym miejscu, bo jak to tak może być, że co chwila jestem gdzie indziej? Hm, coś mi się wydaje, że pracując na etacie i mając dwadzieścia dni urlopu rocznie, ciężko byłoby gdziekolwiek pojechać na dwa miesiące, i sorry, ale jak mam 22 lata, to ja nie muszę się jeszcze na nic decydować. Piszę ten tekst, siedząc na tarasie mojego domu w Lublinie. Mieście, które na ogół już na wejściu przyprawia mnie o symptomy depresji i sprawia, że mam ochotę rzucić wszystko, co robię, zawinąć się w kołdrę i obudzić dopiero w Budapeszcie.

         Czego najbardziej się boję? Tego, że zaatakuje mnie małpa. Że moje finanse nie udźwigną tripa i że praca freelancera w podróży okaże się jakimś kretyńskim mitem. Tego, że nie będę miała gdzie mieszkać, że czymś się zatruję, że spóźnię się na samolot, że zepsuje mi się laptop albo aparat, że mnie okradną, porwą, że zgubię siebie albo coś ważnego, że zachoruję i że nikt mi nie pomoże. Spokojnie, Wiola Starczewska też się pewnie bała, jak jechała na pół roku do Brazylii. To samo Nadia i Julia, gdy rozpoczynały swoje podróże. One pojechały same na wiele miesięcy i przemieszczały się po naprawdę ciekawych i nieciekawych krajach tego świata, bez biletu powrotnego, nie mając pojęcia, kiedy i czy w ogóle wrócą do domu. Co tam więc te moje limitowane kilka tygodni w cywilizowanej, przyjaznej, anglojęzycznej i względnie nieskomplikowanej Malezji.

      Listy marzeń na tym blogu nie było i nigdy nie będzie. A to dlatego, że uważam, że marzenia są rzeczą zbyt intymną, by tak po prostu nimi rzucać na prawo i lewo. Fajnie, jeśli naprawdę marzysz o zapaleniu cygara na Kubie albo przejażdżce na słoniu w Tajlandii - co innego, jeśli za tymi marzeniami kryją się jednak jakieś większe emocje i palenie cygar i oglądanie słoni tak naprawdę wcale cię nie jara. Ja na przykład wiem, że nie będę w życiu szczęśliwa, jeśli nie zobaczę Kuala Lumpur, ale wierzcie mi, że pewnie to właśnie o wspinaniu się na bieszczadzkie połoniny, spacerowaniu po słonecznej plaży nad Bałtykiem, wieczorach przy poezji śpiewanej i siedzeniu na tym głupim tarasie w Lublinie będę myśleć, gdy będę leżeć gdzieś na plażach Perhentian, spacerować po kładkach parku Taman Negara i patrzeć nocą na oświetlone, singapurskie ulice. I znów będę wtedy wiedziała, że w tym wszystkim nie chodzi tylko o to, że podróżowanie jest po prostu fajne, ale że czasem naprawdę warto jest wszystko zostawić i po raz kolejny przelecieć nawet i pół świata tylko po to, żeby znów przekonać się, że najlepszą rzeczą, jaką można robić w życiu, to coś tak naprawdę i prawdziwie wybierać. I że jeśli się chce, to można naprawdę dużo. No, przynajmniej tam, gdzie wszystko faktycznie zależy od ciebie.

      A listę malezyjskich marzeń tak naprawdę mam, taką małą i prywatną, czeka już na wyjazd na pulpicie w pliku z Notatnika. Hm, jeśli chcecie, to może nawet się nią kiedyś podzielę.
Podziel się na:    Facebook Twitter Google+
Więcej

czwartek, 21 lipca 2016

Na plaży fajnie jest, czyli ID Pole Dance Jam 2016 w Kołobrzegu


       Takie weekendy nie zdarzają się często. Właściwie, to tylko raz do roku. Tylko raz w roku ma się okazję pojechać do Kołobrzegu na trzy dni prawdziwego, rurkowego szaleństwa. I dla tego weekendu warto gnić przez 8 godzin w pociągu, moknąć w strugach nadmorskiego deszczu, przeżywać mniejsze lub większe przygody kulinarne, przeczuwać nadchodzącą katastrofę pogodową i liczyć na to, że mimo wszystko jutro jakimś cudem będzie lepiej. Było lepiej. I to jak!

        Ktoś, kto wymyślił tę imprezę, był geniuszem. Bo czy pole dancerka może w ogóle wyobrazić sobie coś lepszego niż trening w plenerze, w dodatku na plaży, z widokiem na morze? Serio, cieszę się, że w Polsce mamy morze, Węgrzy na przykład nie mają, a mostek na tle fal to jednak całkiem fajna sprawa. Fajnie było też zobaczyć na żywo Berenikę i Krystiana, podpatrzeć nowe figury, które pobiegnę wypróbować na pierwszej open sali i przeżyć zumbową rozgrzewkę (czy pisałam już, że kompletnie nie umiem tańczyć?). No i nie wiedziałam, że nad Bałtykiem da się w ogóle tak opalić, albo raczej: spalić, a wierzcie mi na słowo, że to całkiem przydatna wiedza. Auć.

       Wiecie, zawsze mogło być lepiej. Paru rzeczy mi zabrakło, na przykład punktualności i trzymania się programu, ogłaszania kolejnych punktów z odpowiednim wyprzedzeniem, tak, aby było dokładnie wiadomo, co, gdzie i kiedy. Ale w sumie to nic, że było trochę organizacyjnych niedociągnięć - w końcu spontaniczność od początku miała być wpisana w ten event. Fajnie by było, gdyby za rok było więcej ludzi, więcej warsztatów i jeszcze więcej inicjatywy, a już widzę, że mnóstwo osób ma jej cały ogrom. No, i jeszcze żebym do tego umiała zrobić handspringa, to nie będę już miała więcej życzeń (spokojnie, rainbow marchenko dopiero za dwa lata!). I na koniec wskazówka dla świeżynek: ja za bardzo nie mam rurkowych koleżanek, ale jeśli wy macie, to koniecznie weźcie je za rok ze sobą, choć muszę tutaj wspomnieć, że męskie towarzystwo też jest bardzo dzielne, robi super zdjęcia i ma talent do znajdowania najlepszych burgerów w mieście.


Hmm, gdyby tak każdy dzień można było zacząć supermanem, świat byłby lepszy, prawda?



Na koniec fejsbuki:
ID Pole Dance Jam Kołobrzeg, @polejamkolobrzeg
i ja, Autopogoń, @autopogonblog

Dziękuję pięknie wszystkim organizatorom!
Podziel się na:    Facebook Twitter Google+
Więcej

poniedziałek, 11 lipca 2016

7 rzeczy, o których musisz wiedzieć, zanim pójdziesz na filologię


      Myśl o pójściu na studia filologiczne pojawiła się po raz pierwszy, gdy miałam 12 lat. Dojrzała, gdy skończyłam 14. Zaczęła umierać w liceum w klasie mat-fiz (zupełnie nietrafiony profil) i została brutalnie zamordowana po zmianie klasy na biol-chem (jeszcze bardziej nietrafiony profil. Spokojnie, profil humanistyczny również nie byłby trafiony, w liceum po prostu nie było dla mnie dobrego profilu). Gdy trzy miesiące przed maturą dowiedziałam się, że w Lublinie otwierają sinologię, nieznośna myśl wróciła ze zwielokrotnioną siłą. Kiedy jakimś cudem się tam dostałam, nie ucząc się kompletnie nic do matury z angielskiego, bez wahania porzuciłam ciężko wypracowaną i dawno zaplanowaną farmację, zostałam studentką filologii i w ten sposób spełniłam swoje wielkie marzenie.

      Czy mogłam wtedy wiedzieć, z czym właściwie wiążą się studia filologiczne i jak łatwo można się pomylić, wybierając konkretny kierunek? Nie, nie mogłam. Nikt nie mógł tego wiedzieć. Prawda jest taka, że wybierając filologię, najczęściej po prostu nie masz pojęcia, na co się piszesz. Wiecie, przed pójściem na sinologię człowiekowi może się wydawać, że Chiny to przecież kaligrafia i rysowanie smoków i że jedzenie pałeczkami jest zabawne, a chińskie dzieci takie słodkie. Dopiero po fakcie okazuje się, z czym tak naprawdę związałeś swoją przyszłość: z krajem, w którym jest taki smog, że nie da się tam oddychać. W którym uświadomiłeś sobie, że jedną z fizjologicznych potrzeb człowieka jest patrzenie na coś kolorowego, bo tam ciągle tak szaro i ponuro. Społeczeństwem, w którym ludzie są tak powolni, że samą swoją obecnością doprowadzają cię do szału. W którym każdy żyje pod wygodnym kloszem i nikt nie podejmuje żadnego wysiłku, aby się spod niego wydostać. Krajem przerażających letnich obozów wakacyjnych, osiedli-widmo, codziennej walki o przetrwanie i użerania się ze wszystkim na każdym kroku. Ambasad, które robią co chcą i chińskich urzędów, z których wyrzucają cię za drzwi. Miejscem, w którym po raz pierwszy w życiu szczerze podziękowałeś Bogu za to, że miałeś szczęście urodzić się w Europie. Po wizycie w którym powiedziałeś "ufffffff!", jak już w końcu wyjechałeś.


      Ok, nie mówię, że wszystko było źle - były też w końcu dobre momenty. Na przykład jedzenie - mistrzostwo świata. Oprócz tego tanie książki, zadbane toalety, piękne obiekty sportowe, uliczne stragany i nowoczesne pociągi. Ale myślę teraz, że musiałam być naprawdę szalona, gdy decydowałam się powiązać całe swoje życie z krajem, w którym nie byłabym w stanie przetrwać dwóch miesięcy.

    Czy warto studiować filologię? Czasem warto, ale warto wybrać ją mądrze. Będąc o wiele bardziej doświadczoną niż te cztery lata temu, zastanawiam się dzisiaj: dlaczego nie poszłam na przykład na filologię węgierską? Przecież już wtedy wiedziałam, że chcę kiedyś zamieszkać w Budapeszcie, ze znajomością węgierskiego mogłabym tam teraz robić wszystko. Dlaczego nie na germańską? Uwielbiam niemiecki, mogłabym mieć fajną pracę i w Niemczech, i w Polsce. Norweską? Przecież przeprowadzka do Oslo to moje marzenie. Dalej, dalej, mózgu Gadżeta (a gdzie byłeś wtedy, kiedy byłeś potrzebny...?). Jeśli więc właśnie zastanawiasz się, czy warto studiować filologię i na jaką filologię warto pójść, to ja Ci dzisiaj powiem, co masz zrobić, aby nie zrobić sobie krzywdy.

      1. Nie idź na studia związane z krajem, w którym nie byłeś i ludźmi, których nie znasz. Jasne, prawie nikt z moich znajomych z roku, z którymi zaczynałam studia, nie był wcześniej w Chinach. Mimo to w trakcie studiów tam pojechali i bardzo im się podobało. Tyle że, niestety, nie wszystko jest dla wszystkich i w gronie pasjonatów i szczęśliwców zawsze znajdzie się ta jedna czarna owca, która stwierdzi, że ten świat to nie jej bajka. Przynajmniej jedna. Jeśli więc właśnie poszedłeś na filologię w ciemno, to lepiej módl się, żeby przypadkiem nie okazało się, że tą owcą jesteś ty. A rada dla pozostałych jest taka: nie kierujcie się wyborem filologii, oglądając zdjęcia z Google. Wyjazd na tygodniową wycieczkę też niewiele wam da - spróbujecie jedzenia, pooglądacie widoczki, ale nie poznacie tego, z czym tak naprawdę będziecie mieli potem do czynienia, gdy przyjdzie czas na życie zawodowe. Porozmawiajcie lepiej z osobami, które naprawdę znają danych ludzi, kulturę i miejsca, przejdźcie się na tematyczne wykłady i skupcie się na poznaniu przede wszystkim złych, a nie dobrych stron waszego wyboru. Serio, nie ma innej drogi do podjęcia naprawdę mądrej decyzji.

    2. Niszowe filologie są niszowe nie bez powodu. Nie patrz na to, czy na rynku pracy jest duża konkurencja – sprawdź lepiej, czy na to, co chcesz robić, jest duże zapotrzebowanie. Hipsterskie języki są fajne, ale czy aby na pewno warto poświęcać kilka lat życia na ich naukę? Rzeczywistość jest brutalna: skoro mało uczelni otwiera takie kierunki i przyjmuje na nie niewiele osób, to znaczy, że po prostu nikt nie szuka tego typu specjalistów. Wierz mi, że nie bez powodu co roku w Polsce pojawiają się tysiące nowych anglistów i germanistów, a tylko kilkudziesięciu lub kilkunastu japonistów czy sinologów.
       Ale, ale - w tej sytuacji zawsze istnieje przecież opcja, żeby po studiach zostać wykładowcą i zdobyć całkiem fajną pracę na uczelni. Mała konkurencja, duża nisza, niewielka ilość publikacji – wprost idealna przestrzeń do zrobienia kariery naukowej. Słyszałam kiedyś jednak o dziewczynie, która studiowała język swahili – miała całe trzy osoby na roku. Po obronie magistra, kilku niezbyt owocnych wyjazdach do Afryki i zarejestrowaniu ogólnego braku jakichkolwiek perspektyw, w końcu została wykładowcą. Można by powiedzieć: ok, świetnie, poukładało się jej, a więc jak się chce, można znaleźć całkiem porządną pracę w zawodzie. Ale czy jest sens poświęcać taki ogrom czasu na naukę czegoś kompletnie nieprzydatnego tylko po to, aby potem uczyć tego kompletnie nieprzydatnego czegoś innych?

      3. Zwróć uwagę na uprawnienia. Moja koleżanka, która poszła na zielarstwo, dopiero w trakcie studiów dowiedziała się, że jako absolwentka nie będzie miała uprawnień do prowadzenia własnego sklepu z ziołami. Miej więc świadomość, że dyplom filologa czasem nie daje nic więcej poza zaświadczeniem, że przeszedłeś przez taki a taki cykl kształcenia. Ba, bardzo często nie świadczy on nawet o faktycznym poziomie znajomości języka (uwierzcie na słowo, wiem, kto ode mnie z roku wyszedł z piątką na dyplomie). Sprawdź więc lepiej, czy te studia dadzą ci w ogóle jakiekolwiek kompetencje i uprawnienia, a jeśli nie, to czy będziesz miał czas, pieniądze i możliwość, żeby zrobić dodatkowe kursy i certyfikaty. Po takim rozeznaniu może się okazać, że te z pozoru przyszłościowe i praktyczne studia kompletnie nic ci nie dadzą. Czy wtedy nie lepiej będzie więc po prostu pójść na kurs językowy, żeby nauczyć się języka, a studia poświęcić na zdobywanie zupełnie innej wiedzy?

       4. Filologia to nie wszystko - sama znajomość języka to zwyczajnie za mało. U mnie na sinologii wszyscy chcieli być "tłumaczami". Tymczasem mało kto zdaje sobie sprawę z tego, że "tłumacz" to taki trochę zawód-mit. No bo po co klient ma zatrudniać kogoś, kto będzie za nim krok w krok chodził do różnych specjalistów, skoro może po prostu sięgnąć po usługi kogoś, kto zna się dobrze na konkretnym fachu, a przy okazji jest w stanie się z nim dogadać w jego własnym języku?
        Dla przykładu: czy gdy potrzebowałam porady prawnej w Budapeszcie, szukałam tłumacza polsko-węgierskiego, który zaprowadziłby mnie do jakiegoś randomowego węgierskiego prawnika? Nie - starałam się zdobyć namiary na prawnika polskiego, który przy okazji zna się na węgierskich przepisach. Wierz mi, że twoi przyszli klienci myślą dokładnie w ten sam sposób. Oni nie potrzebują tłumaczy, ale specjalistów, którzy przy okazji znajomości języka znają się także na czymś przydatnym. Jeśli więc oprócz filologii studiujesz lub masz zamiar studiować prawo, rachunkowość, ekonomię lub inne trudne i mądre dziedziny - proszę bardzo, droga na studia językowe stoi przed tobą otworem.

       5. Czy jesteś gotowy na wyjazd? Idąc na jakiekolwiek studia językowe, musisz liczyć się z tym, że pewne szanse na znalezienie ciekawej pracy będą zawsze wiązały się z wyjazdem do danego kraju, pracą w Polsce połączoną z długotrwałymi lub częstymi delegacjami albo regularnym kontaktem z obcokrajowcami. Jak wszyscy dobrze wiemy, podróże są bardziej niż spoko, ale czy naprawdę jesteś gotowy na mieszkanie przez wiele miesięcy setki albo tysiące kilometrów od domu, z dala od rodziny, znajomych, w otoczeniu obcej kultury? Co zrobisz, gdy będziesz mieć żonę/męża/dziecko/psa, a firma zechce oddelegować cię na rok na drugą półkulę? Serio - nie każdy nadaje się do takiego trybu życia. Według mnie filologia jest chyba najgorszym możliwym wyborem dla domatorów, osób, które nie lubią podróży i zmian, którym trudno jest przystosowywać się do nowych warunków, które boją się wyzwań i unikają niekomfortowych, stresujących sytuacji. Zastanów się więc, czy przypadkiem nie jesteś taką właśnie osobą - pójście na studia językowe może być co prawda okazją do przełamania twoich oporów i lęków, ale o wiele bardziej prawdopodobne jest jednak to, że w ten sposób tylko sam narazisz się na wieczne dylematy i nerwy.

    6. Zejdź na ziemię i przeanalizuj stosunki dyplomatyczne. Serio, zwyczajnie i rzetelnie sprawdź, jakie twój kraj ma relację z państwem, którego język zamierzasz studiować i nie kieruj się w tej kwestii żadnymi stereotypami. Umówmy się, że na politykę nie masz i najprawdopodobniej nie będziesz miał żadnego wpływu. Naprawdę nie wiem więc, czy jest sens studiować język państwa, którego rząd na każdym kroku będzie ci rzucać kłody pod nogi, każda próba wyjazdu czy załatwienia czegokolwiek w urzędzie będzie drogą przez mękę, a powodzenie najdrobniejszej, najprostszej sprawy jedną wielką niewiadomą. No, chyba że w ten sposób wyznaczysz sobie misję zakładającą wielkie i niezasłużone cierpienie dla jakichś wzniosłych idei, ale wiedz, że to nigdy nie przekłada się ani na pieniądze, ani choćby na cień życiowego spełnienia.

     7. I na koniec: zapomnij o fajnych studiach. To znaczy, nic nie stoi na przeszkodzie, aby filologia była naprawdę fajna - tego typu kierunki naprawdę mają swój urok. Musisz mieć jednak świadomość, że jest to dość stanowcze pożegnanie z typowym studiowaniem, czyli bujaniem się od sesji do sesji i widzeniem wykładowców dwa razy do roku. Filologia wymaga czegoś znacznie więcej niż wyrobienia minimum obecności na ćwiczeniach. To godziny spędzone na codziennej nauce w domu, odrabianiu prac domowych, pisaniu wypracowań i zaliczaniu co chwila kartkówek i kolokwiów. Powiem wprost: to naprawdę ciężka i systematyczna praca. Jeśli więc naprawdę zależy ci na typowym życiu studenckim i nie chcesz zaliczyć wielkiego powrotu do liceum, być może lepiej będzie, jeśli jednak zastanowisz się nad innym kierunkiem.

A może znasz kogoś, kto właśnie wybiera się na filologię? Podeślij mu ten post, zanim podejmie ostateczną decyzję. Wiecie, nawet, gdyby to wszystko i tak nie sprawiło, że wybrałabym inaczej, to mimo to myślę, że całkiem fajnie byłoby coś takiego usłyszeć te cztery lata temu.
Podziel się na:    Facebook Twitter Google+
Więcej

niedziela, 3 lipca 2016

Jak wygląda praca w sprzedaży? Moja praktyka z Erasmus+


       O tym, jak trafiłam do Budapesztu na praktykę sprzedażową, już kiedyś pisałam (tutaj). Dla tych, którzy nie wiedzą, w dużym skrócie: nie było łatwo. Nie było łatwo przebić się przez setki ofert będących jawną próbą wyzysku. Nie było łatwo dostać się na staż, nie mając żadnego konkretnego doświadczenia związanego z tym, co chciało się robić. Nie było łatwo trafić na firmę, która rzeczywiście mogła praktykantowi coś zaoferować, a nie zatrudnić go na zasadzie "ty nam trzy lata doświadczenia, dwa kierunki studiów i pięć języków obcych, a my tobie kawę i poniżej najniższej krajowej". Nie było łatwo co chwila aktualizować CV i pamiętać adresy wszystkich serwisów, przez które wysyłało się aplikacje.

      Moje wielomiesięczne poszukiwania zakończyły się na ofercie z biura karier. Nie uniknęłam jednak bycia tanią siłą roboczą: firma zgodziła się mnie przyjąć, ale tylko w ramach Erasmus+. Dla niej oznaczało to po prostu możliwość zdobycia zupełnie darmowego pracownika, a dla mnie było, owszem, stworzoną ciekawą możliwością oraz wartą wykorzystania szansą, ale wiązało się to jednak ze sporymi komplikacjami. Nie chciałam jeździć do Polski na egzaminy, szarpać się ze zbieraniem podpisów i ustalaniem indywidualnych zaliczeń. Chciałam wziąć urlop dziekański i zrobić praktyki na spokojnie, jak człowiek. Ale nie było wyjścia: podpisałam umowę i tak trafiłam na praktykę sprzedażową. Bez żadnej wiedzy. Bez doświadczenia. Bez choćby pojęcia o tym, co właściwie będę tam robić. Nazwa stanowiska Sales & Marketing Assistant mówiła mi mniej więcej tyle, co Executive Consultant of Extensible E-Commerce Solutions (Bullshit Job Title Generator w służbie blogerowi). Co ja zrobię, jak mnie o coś zapytają i okaże się, że nie mam o niczym zielonego pojęcia? Jutro mam być w pracy o 9, a ja nie wiem, co mnie tam czeka. Wiecie co? Straszne uczucie.

       Szybko jednak okazało się, że trafiłam do miejsca, gdzie rzeczywiście mogłam zobaczyć "jak to jest zrobione". Była to firma, która prowadziła sklep internetowy z opakowaniami, a mi w udziale przypadło ogarnianie całego rynku polskiego. Ogarnianie, czyli: kontakt z klientami, dobieranie produktów, wysyłanie faktur, aranżowanie wysyłek, obliczanie kosztów transportu, rozwiązywanie problemów, kontaktowanie się z działem zaopatrzenia i magazynem. Do tego robiłam jeszcze tłumaczenia, szukałam partnerów do współpracy, kontaktowałam blogerów i wykonywałam inne, drobne zlecenia marketingowe. Sprzedaż, marketing i logistyka w jednym. Ogólnie: dość odpowiedzialne zadania, od których zależała cała aktywność na rynku polskim. Moją codziennością stały się słoiczki, nakrętki, spryskiwacze, butelki, rozmiary gwintu 24/410 i 28/400, FBOG, SAP i CRM.


       Moi rodzice do tej pory nie wiedzą, co dokładnie robiłam w pracy, ale w pamięci najbardziej utkwiło im "odbieranie telefonów". Każdy, kto zamierza szukać praktyk związanych z Customer Service, musi potrafić odróżnić ofertę sprzedażową od oferty typu call center. Pierwsza to kontakt z klientami biznesowymi - sprzedaż aktywna, doradztwo, koordynowanie procesu sprzedażowego, zarządzanie dokumentacją, niekiedy negocjacje - to wszystko daje fajne i wszechstronne możliwości rozwoju. Druga to z kolei kontakt z klientami narzekającymi - najczęściej typowe siedzenie na słuchawce i słuchanie o zepsutych pralkach i telewizorach - i tu perspektywy nie są najlepsze. Do dziś muszę słuchać, że jest to jedyna praca, jaką kiedykolwiek będę mogła znaleźć bez magicznego mgr przed nazwiskiem. A ja tymczasem mam już fajne doświadczenie, które daje mi zaplecze sprzedażowe - wiecie, jeśli już raz sprawdziliście się na stanowisku Sales Assistant, to nie będzie już tak trudno trafić na nie ponownie, a kiedyś może nawet zostać Sales Manager albo Sales Director. Po te trzy literki w razie potrzeby zawsze będzie można sięgnąć - zmarnowanego czasu, który mógł zostać poświęcony na zdobywanie umiejętności, tak łatwo się nie nadrobi.

      I w końcu: doświadczenie, jakie zdobyłam, to nie tylko punkt w CV. Dzięki pracy w sprzedaży wiem teraz, jak postępować z klientami. Wiem, jak prowadzić korespondencję mailową, co zrobić, gdy nie płacą w terminie, kiedy chcą realizację zlecenia na wczoraj, kiedy próbują negocjować niekorzystne dla firmy warunki. Wiem też, na co zwracać uwagę przy wystawianiu dokumentów, jak ważne jest tutaj pilnowanie adresów, numerów i jakie mogą być konsekwencje nawet najdrobniejszych pomyłek. Jak myślicie, co należy do najważniejszych zadań w pracy freelancera? No właśnie to. Tylko, że teraz, zamiast opakowań, sprzedaję teksty. Poza tym, jeśli kiedyś pójdę na rozmowę kwalifikacyjną, to na pytanie: Czy pracowała pani może z systemami CRM? odpowiem twierdząco i nie będę miała ochoty schować się pod biurkiem - to wszystko procentuje i jeszcze długo będzie procentować.

       I jeszcze jedno: czasem myślę, że często ważniejsze od stwierdzenia, co chcę robić w życiu, jest wiedza o tym, czego robić nie chcę. Ta praktyka była dla mnie lekcją pokory, z której nie do końca zdałam egzamin. Choć praca na etacie mi się podobała, bo wprowadziła do mojego życia porządek i regularność, której nigdy nie miałam i której zawsze mi brakowało, to jednak uważam, że 40 godzin w tygodniu spędzone w biurze i tylko 20 dni urlopu rocznie to nie jest to. Teraz już wiem, że elastyczny czas pracy oraz brak przywiązania do żadnego konkretnego miejsca są warte każdej walki. Wiem jednak także, że naprawdę lubię ten kontakt z klientem, a działka, do której na początku wcale a wcale nie byłam przekonana, okazała się być strzałem w dziesiątkę. Cytując pana Grzegorza WachowiczaCo więc takiego jest w tym zawodzie, że kiedy się do niego trafi, to już nic innego człowiek nie chce robić? Ciągłe wyzwanie, dynamika zdarzeń, moc sprawcza, uczucie wpływu na wynik. Ciekawe problemy i nieprzewidywalne okoliczności. Ja od siebie dorzucę jeszcze rozwój - bo w biznesie to właśnie sprzedaż sprawia, że ma się ochotę mierzyć wyżej i wyżej.

Więcej o Erasmusie, podróżach, życiu na Węgrzech i freelancingu na facebooku: 
Autopogoń, @autopogonblog
Podziel się na:    Facebook Twitter Google+
Więcej